Szedłem po bezdrożach życia w zapomnienia skowycie
Niosąc na plecach krzyż grzechem obciążony
Ku przepaści mnie ciągnął żywot walką znużony
Gdy nagle stanąłem, oniemiały w zachwycie
Małe dziecko kreśliło żywota mego plany
Ręką niewinności zmywało brud winą pokryty
Uśmiechem miłości leczyło zadawnione rany
Wyrywało mi z serca gniew głęboko skryty
Krzyż skruszył się w promieniach wzroku świetlistego
Wielka siła nadziei me serce napełniła
Nowe cele widziałem żywota mojego
Widziałem przyszłość, gdzie obietnica się spełniła
Obudziłem się…
Za oknem słońce rozpraszało zimowy mrok
Dając nadzieję na rychłe nadejście wiosny
Wstałem, zrobiłem pierwszy ku przemianie krok
Pogodzony z życiem, spokojny, radosny