Jakie są wewnętrzne przyczyny odczuwania ograniczeń?

Rządzi nami: „chcę” i „nie chcę”, rządzi nami „muszę”, niewidocznie rządzi nami „lubię” i „nie lubię”. Żyjemy w świecie zewnętrznym, w którym napotykamy na presję, która na nas wymusza zachowania. Dotykamy granic, które nas blokują. Nasze „chcę” napotyka cudze „chcę” i tworzy się konflikt. Jeśli jesteśmy skuteczni w perswazji, możemy przekonać innych i to, co chcemy, się zrealizuje. Nasze „nie chcę” spotyka zewnętrzny przymus. Jeśli przymus wynika z uwarunkowań środowiska, ulegamy. To jest działanie rozsądne. Jeśli jednak ktoś w relacji chce na nas coś wymusić, nie musimy ulegać. Gdy mamy siłę wewnętrzną i mądrość używamy argumentów, by przekonać innych do swojej racji. Gdy argumenty są rozsądne, a rozmówca ma umysł elastyczny, możemy realizować swoje chcę, i być wolnym od przymusu. Jednak, gdy rozmówca jest głupi, gdy nie ma elastycznego umysłu, chce pomimo rozsądnych argumentów, których nie rozumie, narzucić swoją wolę. Człowiek głupi nie ma kompetencji, by rozważać alternatywne scenariusze. Na głupiego człowieka, który odrzuca rozsądne argumenty, działa tylko kij i marchewka. On rozumie tylko język korzyści i zagrożeń. Trzeba mu pokazać korzyści wynikające ze zrealizowanych działań i zagrożenia wynikające z braku realizacji.

W świecie odpowiedzialności i podjętych zobowiązań funkcjonuje „muszę”. Rezygnujemy z naszego „chcę” dla „muszę”. Ktoś powiedziałby, że „muszę” okrada nas z wolności. Jeśli sami podjęliśmy zobowiązania, chcieliśmy pełnić wybraną rolę, to późniejsze „muszę” jest konsekwencją wolnego wyboru. Muszę istnieje tylko w sferze emocji, w sferze poznawczej istnieje tylko konsekwencja wcześniejszej decyzji.

Ciekawsze jest „lubię” i „nie lubię”. Postuluję, że te emocje wynikają z naszej tożsamości. Lubimy to, co jest zgodne z naszą tożsamością, nie lubimy rzeczy niezgodnych. Zatrzymajmy się nad tym postulatem. Jest to dla mnie nowe podejście. Muszę sama się przekonać, by przekonać czytelnika. Lubię, więc odczuwam w kontakcie z tym, co lubię przyjemność. Gdy czegoś nie lubię, odczuwam dyskomfort. Proste rozróżnienie, każdy może sprawdzić na sobie. Ale są jeszcze nawyki i potrzeby. Ostatnio nie lubię słodyczy. To nie jest tożsamość, to nie jest nawyk, to nie jest potrzeba. Więc co to jest? Mój postulat się kruszy. Wydaje mi się, że nie jest błędny, tylko niekompletny. Podejdźmy to zagadnienia z innej strony: nasze „lubię” i „nie lubię” buduje naszą tożsamość. Są one narzędziami tożsamości, tożsamość ma też inne narzędzia. „Lubię” i „nie lubię” to pierwotne narzędzia, to pierwsza reakcja podświadoma na to, co spotykamy. Pozwala na szybkie decyzje. Jesteśmy niewolnikami tych emocji. Rozsądna refleksja nas z tych emocji uwalnia. Zatem pojawia się konkluzja, że jesteśmy zniewoleni przez nasze „lubię” i nasze „nie lubię”. Niewolnicy podświadomości mogą się uwolnić żyjąc świadomie.

Wyróżniłabym przestrzeń, w której możemy żyć powodowani „lubię” i „nie lubię”. Mogę ulegać tym emocjom w przestrzeni bezpiecznej. Tam mogę żyć przyjemnie. W przestrzeni niebezpiecznej muszę być rozsądna, muszę badać przyczyny, skutki. Muszę podejmować działania zaradcze.

Wróćmy. Czym jest moje nielubienie słodyczy? Skąd wynika? Myślę, że podążamy nowości, znane rzeczy nas nudzą, „przejadamy się”. Myślę, że mamy nieświadome mechanizmy samoregulacji. Moje „nie lubię słodyczy”, wynika z takich mechanizmów. Zauważmy, że lubimy pewne dania. Jednak nie chcemy jeść ulubionych dań kilka dni z rzędu. Możemy je z przyjemnością zjeść po kilku tygodniowej przerwie. Jadłospisy są często ustalane na kilka tygodni z góry. Proszę zauważyć, że zdrowo jest jeść różnorodnie, więc nasze nielubienie jedzenia tego samego pod rząd wynika z tej potrzeby. Moje nielubienie słodyczy może być zdrowym podejściem podświadomości. To jedzenie słodyczy jest niezdrowe, rekompensuje braki, rozładowuje napięcie, działa szybko na ścieżkę przyjemności. Jest nałogiem. Człowiek zdrowy nie musi jeść słodyczy, które w nadmiarze stają się trucizną.


Dodaj komentarz